W najbliższy czwartek (19 marca) w naszej parafii rozpoczniemy rekolekcje wielkopostne. Nauki poprowadzi pochodzący z Podkarpacia, z Lubaczowa, ojciec Marcin Załuski – zakonnik, franciszkanin, misjonarz i kaznodzieja.
Skąd Ojciec pochodzi?
Urodziłem się i wychowałem w Lubaczowie (woj. Podkarpackie).
Jak wyglądała Ojca droga do kapłaństwa?
Pan Bóg się o mnie „upomniał” gdy kończyłem swoje studia magisterskie w Rzeszowie. To był 2005 rok. Przeżyłem wówczas coś, co można nazwać nawróceniem, co zaowocowało przejściem z religijności do wiary przeżywanej jako żywa relacja z Bogiem, i w tym, nazwijmy to procesie nawrócenia, było kilka różnych „punktów”, a jednym z nich była śmierć papieża, Jana Pawła II.
Kiedy Ojciec wiedział, że kapłaństwo to jest właśnie „to”?
Najpierw była świadoma i głęboko przemyślana decyzja, że chcę oddać swe życie Bogu, oddać życie tej Miłości, która tak bardzo wówczas zaznaczała swoją Obecność w moim życiu. Później, jak już byłem w Zakonie, wraz z przełożonymi rozmawialiśmy o dalszej drodze i w taki sposób kapłaństwo coraz bardziej dojrzewało we mnie.
Czy trudno było podjąć decyzję o wstąpieniu do Zakonu?
Nie. U mnie zrodziła się ona spontanicznie poprzez doświadczenie na modlitwie żywego Boga. Kolejne miesiące tylko spokojnie potwierdzały słuszność podjętej decyzji.
Dlaczego Zakon Franciszkański?
Wiedziałem najpierw, że jakiś „zakon”, ale nie wiedziałem jaki. Szukałem różnych wskazówek, u Dominikanów, u Jezuitów. Któregoś dnia natrafiłem na artykuł o życiu zakonnym, o tym jak ono wygląda w Nowicjacie u Franciszkanów w Kalwarii Pacławskiej i po przeczytaniu go, wiedziałem, że to jest „to”.
Dlaczego misje?
Proszę Pana Boga o to zapytać 🙂 Od 3 roku seminarium rozeznawałem ten wewnętrzny głos zapraszający do wyjazdu na misje. On był stabilny, a sama myśl o misjach była pełna pokoju. Zakon daje możliwość rozeznania czy to pochodzi od Boga czy nie. Głównym tego instrumentem jest ślub posłuszeństwa. Gdy napisałem podanie o wyjazd na misje do Afryki, moi przełożeni długo z decyzją nie zwlekali.
Pamięta Ojciec swój pierwszy dzień w Afryce?
Pamiętam falę ciepła jaka uderzyła mnie gdy w styczniu 2016 roku wysiadłem z samolotu już na kontynencie afrykańskim. Pamiętam, że miasto (Kampala) żyło do bardzo późnych godzin, wiele sklepów przy głównej ulicy było jeszcze otwartych choć było już grubo po 22:00. Pamiętam, że poruszanie się po tak zatłoczonym mieście autem skojarzyło mi się wówczas z porównaniem do ławicy ryb, gdzie każdy ma swoje miejsce.
W jakich krajach Afryki pełnił Ojciec posługę?
Tylko w Ugandzie. Przez 9 lat.
Czym po latach dla Ojca jest Afryka?
Życzliwością napotkanych ludzi. Dużą rodziną. Miejscem, gdzie czas płynie jakby wolniej. Pięknem przyrody (Uganda jest bardzo zielona).
Być misjonarzem w Afryce. Co jest najtrudniejsze?
Nauka lokalnego języka. No i przestawianie się na trochę inny sposób funkcjonowania niż w Europie. Przykładem jest choćby punktualność, gdzie od dziecka jesteś uczony w Polsce, że to jest rzecz sama w sobie bardzo pozytywna, jak i oznaka szacunku. Dla wielu Ugandyjczyków niekoniecznie tak rzeczy się mają. Pojedziesz na wioskę 40 minut w głąb buszu by odprawić mszę świętą o godzinie 9:00 rano w niedzielę i pojawisz się minutę przed 09:00 to raczej nikogo jeszcze nie będzie. Długo schodzi – jeśli w ogóle to możliwe – by „wtopić się” w ten styl funkcjonowania.
Czy Afryka to główny cel misyjny? Czy są też inne cele?
Jeśli chodzi o naszą krakowską prowincję franciszkanów, to mamy również misje m.in. w Uzbekistanie, Boliwii, Peru, Paragwaju. Jeśli chodzi o mnie, to moim celem jest rozeznawanie gdzie Bóg chce mnie mieć. Na chwilę obecną jestem wicerektorem i ekonomem w naszym krakowskim seminarium.
Czego najbardziej brakuje misjonarzom pełniącym posługę w Afryce.
Pewnie odpoczynku. Obciążenie jest duże, ponieważ misja – zwłaszcza ta w Ugandzie – rozrasta się w szybkim tempie. Rocznie 1 milion ludzi więcej się tam rodzi niż umiera. Żniwo zaprawdę wielkie. Całe szczęście powołania też są.
Jak możemy wspierać misje i misjonarzy?
Modlitwa. I to naprawdę jest podstawa. Poza tym są różne projekty misji (np. wsparcie dzieci by mogli chodzić do szkoły, „tzw. Adopcja na odległość”).
„Królewska Droga Krzyża” – wyzwanie czy codzienność?
Powiedziałbym, że jedno i drugie. Codziennie jesteśmy zaproszeni by iść tą drogą, i codziennie jest to wyzwanie, ponieważ ciężko nam się pozbyć naszych „świecidełek” rożnego typu, i przyodziać szatę pokory, jedyną, w której się dźwiga krzyż jak to robił nasz Pan.
Zobacz też: Program rekolekcji: „Królewska Droga Krzyża”